plątaninie pretensji do samych siebie, potykamy się jak dzieci o
oczekiwania swoje i świata. Oskarżamy i wysłuchujemy wyroków, dajemy się
kamieniować i obrzucamy złym słowem. Prowadzeni przed sąd tysiąca
luster, z obawą patrzymy sobie w oczy. Nieuleczalnie ambitni, zabójczo
bystrzy – zawsze wiemy lepiej; mimo że nawet przyroda nas rozgrzesza,
nawet pszczoły mają prawo do błędów, nawet wilki wpadają we wnyki, a
niedźwiedzie dają się uwodzić słodkiej ułudzie.
kończy się definitywnie na jednej z pomniejszych wysp Morza Śródziemnego.
Olśniony niezwykłością urody mieszkanek tego skalistego lądu,
zniewolony ich śpiewem, który skłonni jesteśmy rozumieć
jako wewnętrzny głos budzącej się w nim miłości własnej,
Odyseusz pozostał na Wyspie Syren,
nigdy nie wrócił do kraju, do domu, do czekających go kłopotów.
Ostatnia notatka w jego dzienniku pokładowym,
oprócz zwykłych treści związanych z nawigacją,
zawiera kilka zdań bardzo osobistych i przejmująco szczerych.
Otóż, zmęczony zwycięstwami, oszołomiony sławą,
odczuł nagle paniczny lek przed zbliżającym się koszmarem codzienności.
Postanowił nie wracać.
Postanowił nie wracać, na pewno ze szkoda dla mitu,
ale być może – z korzyścią dla siebie.
Jak tren dla zdradzonych ideałów brzmi śpiew Penelopy:
Z tych dróg nieznanych
Wróć, bo mnie samej tu
Tak bardzo smutno
Pomóż mi, wróć
Odmień ten zły czas…
