Wróciliśmy
z naszych krótkich, deszczowych wakacji. Odwiedziliśmy dawno
niewidziane góry i Zakopane, zaliczyliśmy w drodze powrotnej Sandomierz i
z uczuciem nasycenia i zmęczenia także, mościmy się na nowo w
codziennej rzeczywistości.
mnie rozczarowały. Zakopane z dawnych czasów jest tylko modnym
kurortem, bez klimatu, bez duszy, z komercją powiewającą na każdym kroku
jak chorągiewka na wietrze. Reklamy, wolne pokoje, oscypki, stragany z
tandetą, bilety wszędzie i na wszystko, drogo i jakoś tak smutno. To nie
są zdecydowanie moje klimaty i prędko tam nie wrócimy. Boję się myśleć
co dzieje się tam w tzw. sezonie i dziwi mnie niezmiernie, że ludzie
chcą odpoczywać w takim tłumie, ciasnocie i jeszcze płacą za to duże
pieniądze. Może gdzieś daleko poza głównymi szlakami jest inaczej;
gdzieś gdzie nie spotyka się na szlakach pielgrzymek, gdzieś gdzie nie
depcze się pięt innych turystów, tam wysoko, gdzie chociaż przez chwilę
można pooddychać w rytmie natury, usłyszeć śpiew ptaków, szelest kamieni
i zapomnieć się w szumie strumieni co płyną nie wiadomo dokąd. Tam
niestety nie dotarliśmy. Pogoda nas nie rozpieszczała, a spacery po
mokrych kamieniach z niespełna dwulatką nie należą do łatwych i
bezpiecznych.
zaskoczeniem był Sandomierz; który także modny i tłumie odwiedzany za
sprawą telewizyjnego serialu, zachował klimat i oddech historii;
romantyzm, urok i wydaje się być idealnym miejscem na spokojny weekend
czy kilkudniowy wypad – oczywiście poza wielkim sezonem.
jest wybiciem z rytmu, z zastanych kolein myśli, może dlatego tak je
lubię. Daje nowy oddech, nowe pomysły, inspiracje i pomaga docenić to,
co się na co dzień ma. Zazdroszczę trochę tym, którzy zaraz wyruszą w
nieznane, ale też cieszę się, że już jestem u siebie. Inaczej smakuje
zwykły poranek, inaczej się śpi, inaczej robi to co zwykle; codzienność
nabiera nowego wymiaru. I chyba o to właśnie chodzi.



