W przeddzień marca, który jeszcze namiesza jak mówi przysłowie; powiało
nam wiosną, załopotało w sercach, zajrzało blaskiem w oczy. Wracałam
dziś do domu z lżejszą duszą. Zupełnie jakby na wieść o nieuchronnej
zmianie pór roku wyrosły jej małe, opierzone puchem skrzydła; jakbym
zgubiła myślową nadwagę i strąciła z ramion wszystkie wątpliwości,
ciężary i szarobure sny o przedwiośniu. Jeszcze wczoraj chodnik przed
domem bielał śniegiem, jeszcze Pani Zima retuszowała brudne ulice;
jeszcze kałuże skrzypiały pod moimi butami, kiedy udawałam przed samą
sobą, że chodzę po wodzie, chociaż przecież wcale nie chodziłam. A dziś
zaświeciło najczystszą jasnością, strąciło nam z głów czapki; zielone i
brunatne szale poupychało w kieszeniach płaszczy, kazało dotykać skórą
powietrza świeżego jak bułki o świcie i oddychać mocniej, łatwiej i z
większą niż wcześniej radością. Dobrze to wszystko urządzone, że szarość
i biel zimy miesza się nam z fluorescencyjną barwą wiosenno – letnich
pejzaży; że kruki kraczą o smutku i radości; że słońce bywa i wybywa za
nieboskłon. Jakby o tym nie myśleć jest w tym wielka prawda o życiu,
jest mądrość; a przede wszystkim jest nadzieja.
Wystarczy taki dzień
jak dziś, żeby zobaczyć świat inaczej; zapomnieć o starym, złapać za
pazuchę nowe; wdepnąć w błoto, łakomie oblizać usta i iść, iść przed
siebie; tam gdzie za widnokręgiem, za zakrętem, już lekko tupie, już
wygląda spod zimowego płaszcza, mała, chuda; wychuchana w mrozy,
zaraźliwie zielona Wiosna.

