się przede mną jak koty; mruczą, kołyszą, mrużą oczy. Czasem wskakują
mi na ramię; dziobią w ucho jak jaskółki; śpiewają perliście opowieść o
niczym, mówią, obiecują, tłumaczą.
ulotne jak pył z dmuchawca. Chodzą za mną i wydeptują nowe ścieżki.
Czasami nocą śnią mi się w półśnie; nie wiem czy to jawa czy już odmęty;
plącze się świadomość z nieświadomością; skaczę na skakance liter,
potykam się o kropki. Zmarznięte zimą, spocone latem, noszę je pod
kurtką, chowam po kieszeniach; karteluszki wspomnień; słowa wielkie i
bez znaczenia, końce i początki, mam tu wszystko i nic nie mam.
spod palców bez trudu; kiedy siadam i wiem; wypływają jak strumień, spod
paznokci, spod powiek, układają się w zdania i tańczą w kieliszku po
czerwonym winie. Te poranne, te wieczorne, te jeszcze nieprzebudzone,
zaspane, przecierające oczy. Te wiedzą najlepiej czym są; zanim pojawi
się pani Proza, zanim Pani Autokorekta założy na nos okulary, chrząknie
znacząco.
szanować. Chodzą swoimi drogami; przywoływane nie zawsze przychodzą,
bywają natrętne, bywają gorzkie. Kocham je wszystkie; katalizatory
emocji, proroczki znaczeń, kochanki bogów, tak kruchych jak szklana
tafla, albo papierowa kartka.
było słowo i nie byłoby nas bez słowa. Nawet tego, którego nie ma, nawet
tego, które jeszcze nie padło.
